|
poniedziałek, 18 lipca 2011
2009
na ścianach zapach nostalgii kreślę stary dom wszystkie powody by wyważyć drzwi i siebie
grubą kreską na asfalcie
tutaj nic nie jest oczywiste niebieskie oczy tracą naturalną barwę słowo wyciera się jak pumeks po czym staje się dowodem w sprawie
rozgadane domy po zmroku milkną autoironia przestaje być auto a umieranie jest tak przypadkowe jak zacięcie przy goleniu
smutny park a wokół pochody mgieł
jeśli rozerwać mrok wyłoni się z okładem na każde rozstanie
spłynie dreszczem gdy ziemia przestanie przyjmować nostalgie
zepnie noc niewidzialnym szwem jeśli przebić słowa które w sobie nosi
miłość skrada się od zawietrznej
dawniej byłem zwykłym zjadaczem pragnień gdy pierwszy raz zacisnęła mi na szyi pętlę otworzyłem szeroko usta zacząłem domyślać co niedopowiedziane
później było prościej wplątywałem ją w siebie by na koniec otwierać żyły
świty wcierałem w zapomnienie o zmierzchu zapalałem świeczkę ostrzyłem noże
wpadałem na nią jak ślepy bez psa przewodnika co urwał się ze smyczy za suką
próbowałem wielokrotnie za każdym razem celniej silniejsza po kolejnym cięciu odradzała się w miejscu gdzie ją mordowałem
rysy naszych słów
gdy wspólne dźwięki przeszywają noc wyciskam wszystko czego nie można wydusić w ciągu dnia zlewam się z tłem pogaszonych lamp
gubię czas gdyby spojrzenia miały ostrza przebiłbym nimi mrok
więc rozmawiamy powinno być prościej powinno łagodzić a wykręca coraz bardziej
łapią skurcze jak wszystko co posiadło umiejętność umierania
jasne ślady na zmąconym tle
pęcznieją słowa z puentą zgubioną na wstępie ktoś prawi kazania które wybrać miejsce więc gipsuję podziurawione myśli
wyciskam się do suchej kartki rozkładam na wiersze
wyrównana do pierwszego wykrzyknika
kreśląc na szybie prowizoryczne kręgi układa w głowie jadłospis równo od lewego do prawego marginesu
toczą się spojrzenia wrośnięte w złotą obręcz one jak jej ciało – dobrze wyćwiczone odkąd gęste powietrze i but odciśnięty na ścianie
na wymarcie ludzkich odruchów
uskrzydlone wzbijają się w niebo tańczą trzymając za ręce oślepione świetnie podrobionymi perłami
ktoś czai się w krzakach dokładnie przymierza wypuszcza kulę prosto w łeb
zastrzelone marzenia padają drapiąc paznokciami powietrze
kiedy odnajdą swój wizerunek
pani z doświadczonym bagażem podwójnym makijażem pod oczami przełyka gorzką tabletkę na którą nikt jej nie przygotował
pan w ciasno zawiązanym krawacie łapie resztki powietrza luzuje ostatnie dni małżeństwa
chwila gdy spojrzenia spotykają się na szybie wystarcza im za życie znają jego refren na pamięć
tylko nocą kurczowo ściskają bilet do ostatniej stacji do nowego wiersza
księżyc pilnuje beztroskich gwiazd
mrok wbił paznokcie i szarpie na wszystkie strony przypomina się ilekroć milknie księżyc
otwarty na najbardziej stromą przepaść uwiązałem pętlę na której zawisła tęsknota ktoś wykradł niebu gwiazdę
opowiadaj mi każdy ból bo tylko wtedy życie ma sens gdy cierpi się we dwoje
droga do domu
zanim się odwrócisz wezmę żyletki będę ściskał aż śmierć powie pas następnego dnia deszcz zmyje dowody ulicę której nigdy nie było na pożółkłej mapie pozoru
nowy świt
kazali żyć bez pytania wypychając na świat teraz radź sobie sam
dali w łapę dowód podobno osobisty krzyżyk na drogę
jak długo będą ścigać moje zdanie wielokrotnie przełożone przez kolano
na drżącą strunę
wyciągam kicz za każdym razem tak samo usatysfakcjonowany setkę wierszowaną słowami by za chwilę kolejne i kolejne strofy na drugą nogę drugą strunę
poza tym nie ma nic co by było głodne uwagi
na jedne skrzypce
pętla zawieszona nad ranem nie pozwala zapomnieć o grzechach śmiertelnych jak bezimienna miłość
popołudniu tli się iskra spopielając samotne serca na świat opada deszcz drzazg poranione usta milkną
nocą odradza się nowe nieznane niechciane bez zahamowań i sumienia
poeci Mołotowa
są gotowi
wziąć sprawy we własne słowa przybić metaforę jak pieczęć
wyjść poza granice podłożyć się na wstępie
z głową pełną łatwopalnych marzeń rozerwać na wiersze
nauczeni brać za darmo
idą wytartymi dzielnicami pokojowo urodzeni z węgla i półwiecznej stali
idą depcząc kwiaty za istnienie pokojowo nauczeni być kilofem i kamieniem
idą ciągnąc gruzy pod butami pokojowo rozgrzeszeni przez historię chwiejnej flagi
idą wznosząc w rękach złoty garniec pokojowo nagrodzeni za pogardę
z duchem czasu
progi opery są zbyt strome dla karła w czarnym podkoszulku tutaj wymaga się starannie zawiązanych uśmiechów białych kołnierzyków sztywnych manier
w nowej poezji nie powtarza się słów ani wersów nie powtarza się słów ani wersów nie powtarza się marzeń – nie powtarza się tych samych błędów
anioł na targowisku
przypadkowo zsunął się z nieba młody niedoświadczony z poświatą zamiast aureoli wpadł między ludzi
zbyt przerażony by trafić z powrotem do domu zbyt piękny by zostać
myśli zebrane
stwórzmy nas w wierszach skrytych za wachlarzem rzeczywistości
opiszmy instynktowne ucieczki jak spojrzenia i nierealną opowieść
powróćmy do słów które milczeniem zaklinają chwile
pozwólmy nam słuchać i kochać bo i tak spotkamy się w epilogu
wpięknowstąpienie
wznieśmy się ku pięknu w alabastrowy połysk nieoszlifowanych kształtów ku skalpowanym różom aniołom o połamanych skrzydłach co mimo wszystko śnią jak my
patrzmy prosto w oczy z magią którą przyrzekaliśmy sobie pierwszego dnia
odkrywam twój brzuch po milimetrze
wieczór powinien rozpinać się na życzenie albo zrywać ubrania zanim zdążę wypowiedzieć
wchodzę w zapach skóry zgubiony oddech
jeszcze niecierpliwie wpychane w przestrzeń języka
o nas bez nas
rozmieniają nas na drobne kilka groszy o tobie kilka groszy o mnie reszty nikt nie wydaje
w rzeźni
ile odciętych słów się przetoczy przez ślepe myśli które z nich trafią na półki sklepowe
kartka wciąż milczy z przystawionym pistoletem modląc się o wegetariański wiersz
wpół do stracenia
ile razy można się składać bo rozpadać bez końca będąc zawieszonym w czerni która ukochała i nie chce puścić
ile razy trzeba wypływać by od nowa tonąć bez miary w próżni o głuchej ciszy
ile razy przychodzi pytać dlaczego gdy tak naprawdę odpowiedzi nie ma na złamanej krawędzi serca
jeśli jesteś daj coś z siebie
gubię się powiedz jak odnaleźć właściwy koniec patrzyłeś na ciężkie pięści spadające na żonę rozpacz i śmierć jej dziecka niosącego w dłoniach twoje słowo
podaj mi zaklęcie którym zatopiłeś ziemię
później pozostaną tylko one dwie by choć przez chwilę chłonąć czyste powietrze więc jeśli jesteś zniszcz ten wiersz bo naprawdę cię nie pojmuję gubię się
wątek poboczny
1
krzesło nic nam nie powie ani się nie obrazi wytrącone z równowagi wszystko przemilczy
nie wychyla się zna swoje miejsce
trzeba zrozumieć gdy uciążliwie skrzypi nogi już nie tak sprawne jak za młodzieńczych czasów
wiele zniesie w końcu lepiej mu tutaj wśród innych krzeseł
2
stół chce być podziwiany rozsiada się ostentacyjnie rozpychając łokciami
czasem mruczy pod nosem o złym zachowaniu cichych igraszkach pod blatem wtedy czerwieni się i kryguje
bywa samotny gdy wyraźnie mu czegoś brak
3
szafa jest skrzynią tajemnic skrytą dla innych przedmiotów milczy i nasłuchuje
chowa pod kurzem cudze dramaty ile by dała by się nimi podzielić
jest naszym stróżem – zagadką ciemną stroną i jasną kiedy otwarta na innych
nigdy nie zdradzi
PS
udomowione lasy spoglądają ukradkiem wrośnięte w nasze korzenie jak w ziemię
gdy jesteś tak odległa
spojrzałaś na mnie i zatrzymała się ziemia teraz mi ciebie tak mało że okradam wspomnienia by się nasycić na kolejny dzień
oddzielam obrazy które pozostały znowu nie potrafią rozczytać twojej twarzy
bez ciebie jestem wyblakłymi słowami na przesiąkniętych milczeniem kartkach spalonym wierszem
obudziłem się z ustami pod wodą
i nadszedł świt wyrywając drzewom włosy seplenił o tym
że miłość jak wodorosty trzyma dopóki płuca nie wypełnią się ostatnim nie
|
Archiwum
do pobrania |